Inland Empire
Fani jednego z twórców najbardziej enigmatycznych filmów w historii kina, doczekali się najnowszego obrazu. Już chwilę po jego obejrzeniu otacza nas nieodparta chęć powrotu i zgłębienia raz jeszcze istoty całej zagadki i mrocznych tajemnic.
David Lynch zabiera nas w podróż z właściwą sobie dawką adrenaliny, mieszanką cytatów i zapożyczeń z popkultury. Podróż opowiedzianą za pomocą kamery o niskiej rozdzielczości, z początku mająca być w założeniu tylko eksperymentem, zabawą.
Zabawa przybrała jednak postać nieodzownego w twórczości Lyncha surrealizmu (dla przypomnienia choćby takie obrazy jak „Mulholland Driver”, „Zagubiona autostrada”, „Dzikość serca”, „Blue velvet”). Zamazana linia pomiędzy rzeczywistością a fikcją, bawiąca się widzem czasoprzestrzeń, gdzie pytanie o punkt odniesienia towarzyszy nam nieustannie, a wreszcie fakt – owa rzeczywistość, która nakłada się na siebie ze światem niewytłumaczalnym, bezimiennym.
Nie doszukujmy się pełnej logiki w obrazie Lyncha, gdyż takowej nie ma. Przy prostej z pozoru opowieści nie doszukujmy się również i odpowiedzi na wszystkie pytania. W filmie o filmie takie oczekiwanie może być kuriozalne.
Czy łatwo zatem streścić temat „Inland Empire”?
Poruszająca historia o słabościach ludzkich, zaborczości kochających mężczyzn i stosowanych przez nich niszczycielskich metod. Infantylne? Nie, jeśli mowa o bazie, jaką jest historia produkcji remake’u filmu i wiszącym nad nim fatum. Nie, jeśli to opowieść o sile imperium filmu i walce o odnalezienie prawdy w zdominowanej przez media kulturze.
W skrócie: Nikki Grace (w tej roli muza Lyncha, Laura Dern), obsadzona zostaje w roli Susan Blue w projekcie-filmie o miłości (według skryptu inspirowanego cygańską legendą), wplątując się tym samym w romans z aktorem wcielającym się w pierwszoplanową rolę męską (Justin Theroux). Pojawiają się kłopoty na pograniczu rzeczywistości i scenariusza, co więcej, nad skryptem ciąży klątwa. W przeszłości próbowano już raz nakręcić ten obraz (i tu pojawia się bliski nam polski wątek, gdyż produkcja filmu odbywała się częściowo w Łodzi z rolami między innymi Leona Niemczyka i Krzysztofa Majchrzaka).
Nie ukończono go jednak, gdyż główni aktorzy zostali zamordowani. Tym razem fatum ponownie wpływa na prace przy produkcji, a w szczególności na osobę odtwórczyni głównej postaci.
Nie obiecuję, że film jest łatwy w odbiorze, ale takie jest właśnie kino Lyncha i z tego między innymi powodu, wśród licznych innych, polecam go gorąco.
Jako ciekawostkę dodam, iż Lynch’owi i Dern (pamiętanej z roli córki policjanta w „Blue Velvet” czy uwodzicielskiej Lule Fortune w „Dzikości serca”) przyznano niedawno Independent’s Spirit Award za wyjątkową współpracę twórczą.
Premiera „Inland Empire” miała miejsce na festiwalu w Wenecji, podczas którego David Lynch odebrał nagrodę honorową za całokształt twórczości.
Marta Kaszuba
David Lynch zabiera nas w podróż z właściwą sobie dawką adrenaliny, mieszanką cytatów i zapożyczeń z popkultury. Podróż opowiedzianą za pomocą kamery o niskiej rozdzielczości, z początku mająca być w założeniu tylko eksperymentem, zabawą.
Zabawa przybrała jednak postać nieodzownego w twórczości Lyncha surrealizmu (dla przypomnienia choćby takie obrazy jak „Mulholland Driver”, „Zagubiona autostrada”, „Dzikość serca”, „Blue velvet”). Zamazana linia pomiędzy rzeczywistością a fikcją, bawiąca się widzem czasoprzestrzeń, gdzie pytanie o punkt odniesienia towarzyszy nam nieustannie, a wreszcie fakt – owa rzeczywistość, która nakłada się na siebie ze światem niewytłumaczalnym, bezimiennym.
Nie doszukujmy się pełnej logiki w obrazie Lyncha, gdyż takowej nie ma. Przy prostej z pozoru opowieści nie doszukujmy się również i odpowiedzi na wszystkie pytania. W filmie o filmie takie oczekiwanie może być kuriozalne.
Czy łatwo zatem streścić temat „Inland Empire”?
Poruszająca historia o słabościach ludzkich, zaborczości kochających mężczyzn i stosowanych przez nich niszczycielskich metod. Infantylne? Nie, jeśli mowa o bazie, jaką jest historia produkcji remake’u filmu i wiszącym nad nim fatum. Nie, jeśli to opowieść o sile imperium filmu i walce o odnalezienie prawdy w zdominowanej przez media kulturze.
W skrócie: Nikki Grace (w tej roli muza Lyncha, Laura Dern), obsadzona zostaje w roli Susan Blue w projekcie-filmie o miłości (według skryptu inspirowanego cygańską legendą), wplątując się tym samym w romans z aktorem wcielającym się w pierwszoplanową rolę męską (Justin Theroux). Pojawiają się kłopoty na pograniczu rzeczywistości i scenariusza, co więcej, nad skryptem ciąży klątwa. W przeszłości próbowano już raz nakręcić ten obraz (i tu pojawia się bliski nam polski wątek, gdyż produkcja filmu odbywała się częściowo w Łodzi z rolami między innymi Leona Niemczyka i Krzysztofa Majchrzaka).
Nie ukończono go jednak, gdyż główni aktorzy zostali zamordowani. Tym razem fatum ponownie wpływa na prace przy produkcji, a w szczególności na osobę odtwórczyni głównej postaci.
Nie obiecuję, że film jest łatwy w odbiorze, ale takie jest właśnie kino Lyncha i z tego między innymi powodu, wśród licznych innych, polecam go gorąco.
Jako ciekawostkę dodam, iż Lynch’owi i Dern (pamiętanej z roli córki policjanta w „Blue Velvet” czy uwodzicielskiej Lule Fortune w „Dzikości serca”) przyznano niedawno Independent’s Spirit Award za wyjątkową współpracę twórczą.
Premiera „Inland Empire” miała miejsce na festiwalu w Wenecji, podczas którego David Lynch odebrał nagrodę honorową za całokształt twórczości.
Marta Kaszuba
Dramat
Francja, USA, Polska 2006
Reż. David Lynch
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami















Drukuj
Wyślij


